środa, 31 października 2012

38. Posezonowo.

I kolejny rok w ogrodzie warzywnym za mną. Po podsumowaniu zysków i strat, stwierdzam, że udany. Pomidorów zebrałam całe zatrzęsienie, ponad 200 kg - jeszcze do dziś na strychu w kartonie dojrzewa ich całkiem sporo. Dynie, puszczone samopas i w pewnym momencie trochę zaniedbane, mimo niedogodności plonowały ładnie, przytargałam na zimowe przechowanie około 30 owoców. Reneta landsberska aż przygięła się do ziemi pod naporem jabłek, a nam zabrakło na nie miejsca. Ale za to jak pięknie pachnie teraz na poddaszu ;)  Poniżej "mała" fotorelacja.

Tak wyglądały początki mej pomidorlandii...

Poniżej moi nieustraszeni pomocnicy ;) 

Pomidorowe przedszkole przed wysadzeniem do gruntu

Nie tylko samymi pomidorami człek żyje...



Po maju i heroicznych bojach z  przymrozkami (już nigdy nie wysadzę pomidorów przed Zośką!), nadszedł czerwiec i życie zaczęło tętnić na całego - w tunelu i poza nim ;)




Lipiec wyćwiczył naszą cierpliwość i popracował nad wyobraźnią. To co działo się na krzakach pomidorów to istne szaleństwo.








Przyszła również pora na pierwsze zbiory - małe, bo sezon po chłodnym początku miesiąca troszeczkę się opóźnił i pełnia dopiero miała nadejść...


A wraz z sierpniem, czas na prawdziwe zatrzęsienie...












I już wiem nad czym będę głowić się podczas długich, zimowych wieczorów - gdzie w przyszłym roku  zmieścić kolejne chciejstwa ;)