A ja przybywam z małym przeglądem bożonarodzeniowym :)
Każdy starał się pomagać w kuchni przed Wigilią jak tylko potrafił najlepiej. Tu Marley i jego ukochane zajęcie - darcie gazet :)
Choinki...mam dwie :) Jedną w swoim pokoju, z ozdóbkami zrobionymi z szyszek, orzechów, suszonych pomarańczy. Druga, ta właściwa - znajduje się rzecz jasna w jadalni. Obie naturalne - pierwsza to cyprysik, druga świerk. Obie pięknie pachną :)
To co ja lubię najbardziej, czyli... prezenty...ale nie dostawanie, lecz dawanie. W tym roku byłam bardzo oryginalna - każdy dostał anioła z masy solnej, zrobionego przeze mnie. Każdy z nich jest niepowtarzalny i natchniony do ochrony swego nowego właściciela. Do tego przez 2 dni ambitnie męczyłam się, sklejając pudełka na anioły - i mimo wielu przeciwności - w końcu UDAŁO SIĘ :)
P.S. Każdego aniołka można zawiesić na ścianie, nad łóżkiem pasują jak ulał :)
1. Aniołek Mamy - mama zdecydowała się trzymać swojego skrzydlaka w pudełku na regale z "rejentami" - wyborne towarzystwo :)
2. Anioł Buby.
3. Anioł Dziadka.
4. Uwaga! Wisienka na torcie - anielica Ziomusia - mojego bardzo pozytywnie zakręconego wujka (dużo można by o nim opowiadać)...a jak mu się podobała...był w 7 niebie :)
Na zakończenie - bardzo deficytowy towar w piwnicy, jakim są moje kolana. Wystarczy, że usiądę na schodach w kotłowni, a już gromadzi się tam cała sfora pchlarzyków moich kochanych - tu część szczęśliwych zdobywców moich kolan - Zosia (biała), Franuś (obok), Szurka (myje Franka) i Róża (widać tylko jej łepek, reszta pod Frankiem i Szurką). A z lewego boku czai się Zuza :)
Jutro z kolei będzie o dosyć nietypowych kolędnikach :)




















