niedziela, 29 sierpnia 2010

7. Biedroneczko...


Biedroneczko, leć do nieba!
Przynieś nam kawałek szczęścia!

Całych worków biedronek życzę tym, którzy sobie tego życzą  :)

Swoją drogą zezłościłam się. Wstałam po 6, w końcu dziadek w czwartek obiecał mi, że dziś pojedziemy na grzyby. Po drodze co prawda musiałam aż 2 razy nakarmić kocięta, bo były diabelsko głodne, więc ostatecznie gotowa byłam po 7. I co? I dziadzio mówi, że pojedziemy, ale po 11, gdy skończy się siatkówka w tv... i co mnie to obchodzi, skoro o 12 rusza przełożone GP Chorwacji, którego nie odpuszczę? A i pewnie on z chęcią je oglądnie. Narobił mi tylko nadziei, czekałam jak głupek od czwartku i nici :( 
Do tego jeszcze mam w ramce oprawione zdjęcie z dzieciństwa, które zawsze robi mi tyle apetytu na grzybobranie....
Gwoli ścisłości - ten czarny łepek to ja :)

Pewnie, jest niby jutro...ale raz, że przychodzi majster od remontu;
dwa - może być idealna pogoda na pracę w pasiece;
trzy - może padać deszcz... 
Hmm...nie pozostaje mi nic innego jak wykopać swoją frustrację i złość na ogrodzie :)
A na marginesie od jakiegoś czasu namiętnie słucham starego, dobrego Perfectu - a przy "Lokomotywie z ogłoszenia" w ogóle nie mogę usiedzieć na miejscu :) 

P.S. Dziś dopiero zauważyłam, że w adresie tej strony zjadłam "n" - zamiast "cyganskie" mam "cygaskie" i tego nie da rady chyba odkręcić. Nie to nie, łaski bez, heh :)

sobota, 28 sierpnia 2010

6.

Miałam bardzo ambitne plany odnośnie tego bloga. W zasadzie mam nadal, choć nie wiem czy starczy mi na niego czasu i cierpliwości. Co jakiś czas skaczę sobie z jednego portalu na drugi i szukam najlepszego rozwiązania, by pokazać moje zdjęcia, głównie znajomym i tym, którzy dowiedziawszy się, że fotografuję z wielkim zamiłowaniem, zapałają chęcią zapoznania się z moją twórczością. "Ot, podam adres strony i zainteresowani będą na nią wchodzić" - tak sobie myślałam. Dziś uświadomiłam sobie, że póki co to w sumie w ogóle się nie rozkręciłam - na dysku tyle zdjęć wartych opublikowania, a tutaj praktycznie cisza - nic nie wrzucam, bo nie mam czasu... Przydałaby mi się strona z prawdziwego zdarzenia, z porządną galerią i miejscem, by czasem cos skrobnąć. No ale jak to się mówi - jak się nie ma co się kocha to się kradnie co popadnie... Tak więc póki co będę kradła miejsce na bloggerze :)

Żeby nie było tak sucho... Przez cały dzisiejszy dzionek męczyła mnie myśl o Migotce. Jestem ciekawa, jak się miewa w dorosłym życiu. Czasem spoglądam z tęsknotą w niebo i proszę w myślach, by przyleciała w odwiedziny. Ale zaraz, zaraz...nie wszyscy wiedzą kto to jest  Migotka :) Nadrabiam więc.


Tak, tak, to nikt inny jak Migotka. Mała sroczka, która wypadła z gniazda. Znalazłam ją 30 maja, lecąc na autobus. Pamiętam to dobrze, wszak spieszyłam się na mecz Stali z Apatorem, który i tak nie doszedł planowo do skutku z powodu deszczu. Kręciło się (a właściwie skakało niczym piłeczka) to małe sreberko - najpierw na drodze (!), później na skwerku niedaleko przystanku. Nie wiem już jakim cudem złapałam tą ruchliwą ptaszynkę, ale wiedziałam jedno - spóźnię się na mecz, bo muszę maleństwo odnieść do domu i nakarmić. I tak została u nas do 24 czerwca. Początkowo trzymaliśmy ją w dużym kartonie w jeszcze nie zagospodarowanym pokoju na strychu. Po pierwszym dniu pełnym nieufności i wypluwania z dzioba jedzenia, nastały chwile, które wspominam z wielką radością. Migotka szybko zaakceptowała mnie jako mamkę, na mój widok z radością popiskiwała, trzepotała skrzydełkami i otwierała dzióbek, prosząc o jedzenie. Rosła jak na drożdżach - pewnego dnia przywitała mnie już na skraju kartonu, po czym odfrunęła na szafę - nie wiem kto był tym bardziej zaskoczony - ona czy ja :) W końcu zajęła klosz i na powitanie przylatywała na moją rękę, po czym otwierała dzióbek, rozbrajająco prosiła o posiłek a po wszystkim skrzeczała z zadowoleniem. Uwielbiała też iskać moje włosy, dziobać mój nos i oczywiście nie przepuściła niczemu, co się świeciło a także owadom, które wleciały do pokoju. Była ulubienicą wszystkich domowników, ale tylko mnie obdarzyła zaufaniem - reszta musiała zadowolić się podziwianiem jej na odległość... W końcu jednak nadszedł dzień, gdy trzeba było zwrócić ją naturze. Choć korciło nas z dziadkiem, by wypuścić ją w ogrodzie, stwierdziliśmy, że ze względu na nasze koty lepiej będzie wypuścić ją z dala od tego towarzystwa. Pojechaliśmy więc nad Wartę. Trochę kluczyliśmy, bo miejsca proponowane przez dziadka, mi nie odpowiadały. W końcu stwierdziłam, że wypuścimy ją przy topolowej alei. Wiecie, co się okazało? Na tych topolach był cały sroczy sejmik!! Towarzyszki od razu zleciały się do Migotki, a ta...nie czekała zbyt długo, choć zaczekała chwilę przed odlotem i mogłam zrobić jej pożegnalne zdjęcie  :)


A że dziś taki ptasi humor mam, podrzucam kilka ciekawych zdjęć (oczywiście skrzydlatych) i z radochą informuję, że jutro jadę na grzyby :)








 

czwartek, 26 sierpnia 2010

5. Cóż za tafum...

Tafum, jak mawia mój wujek, znaczy nic innego jak fatum.
Zaczęło się bardzo niewinnie...  Nie zdążyliśmy wysterylizować jednej z naszych młodych kotek (jak zawsze znalezionych) - dostała więc zastrzyk antykoncepcyjny... I cóż z tego! Zastrzyk nie zadziałał, co wyszło na jaw w sierpniu, na 2 tygodnie przed porodem...
14 sierpnia zostałam... hmmm... szczęśliwą ciotką, a jak się teraz okazuje etatową mamką trójki ślicznych kociąt. Każde o innym umaszczeniu i nie sposób rozpoznać w nich ojca! Nasze kocury z góry zostały wyeliminowane z kręgu podejrzeń - wszystkie są wykastrowane... a po dwóch delikwentach, które w czerwcu przychodziły na zaloty, wszelki ślad zaginął.
Wszystko było dobrze do tej środy. Przychodzę rano do kociaków w odwiedziny, a całe prześcieradło, na którym kocia rodzinka wypoczywała, było zakrwawione. Małe spały sobie jak gdyby nigdy nic, a kotka...  no właśnie. Po pierwsze, nie mogłam jej znaleźć, po drugie - gdy już znalazłam, okazało się, że ta ma skurcze... Szybki telefon do weterynarza i jeszcze szybszy bieg do lecznicy... Na miejscy okazało się, że kotka...nie okociła się do końca. Przez półtoratygodnia nosiła jeszcze jedno kocie, sporych rozmiarów - i przez te rozmiary właśnie kotek zaklinował się i nie przyszedł na świat. Był juz martwy, a mamka, jak się okazało, na wykończeniu. Trzeba było wycinać gnijącą już macicę i jajniki. Przestały pracować jelita, a i wątroba była w złym stanie. Całe szczęście, operacja udała się (choć nie wiadomo, czy kotka przeżyje). Póki co jest obolała i żyje na lekach. A ja...ja co 3 godziny muszę karmić kocięta. Pierwsze karmienie, o 5 rano, ostatnie po 23. Minął dopiero pierwszy dzień, a ja już padam z nóg.
Jednak taki obrazek jak załączony poniżej wynagradza mi wszystko :)


Zresztą, dziś padam podwójnie. Rano sąsiadka przyniosła naszą kotkę Bohemę. W stanie agonalnym. Po niecałych 10 minutach, zaraz przed wyjściem do weterynarza, skonała na moich rękach. I wcale nie była to miła i bezbolesna śmierć :( Pan doktor orzekł, że albo tak potrącił ją samochód, że nie połamał kości, ale uszkodził nerw, albo czymś się zatruła. Jest mi cholernie przykro i ciężko, co tu kryć. Pamiętam, gdy dziadek przywiózł Boszkę - znalazł ją jako malutkie kocię na swojej pasiece...
  A teraz pozostały mi tylko wspomnienia...

A żeby nie było tak smętnie - część mojej kociej ferajny ( każdy z jedenastki to podrzutek bądź znaleźny - chociażby np. w lesie...). Tu ósemka (Ludwik, Leon, Czarna, Karol, Malina, Róża i Edward Jancarz) - jeszcze z Bohą.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

4. Słoneczny patrol

Wybrałam się dziś nad jezioro. I cóż z tego, że w mieście świeciło słońce - zaraz po wyjeździe z niego pokropił z rzadka deszcz ku przestrodze. Na miejscu, na pokrzepienie, przywitało nas słoneczko... pomruki burzy... i słoneczny patrol :)
1. Ósemka nieustraszonych wartowników nadciąga.

2. Wejście na plażę.

3. Oględziny.

4. bo w kupie siła :)

5. Trzech muszkieterów.

6. Wstyd się przyznać...ale słoneczny patrol, sycząc i strosząc pióra, pogonił mnie z ławeczki.
Skutecznie.
Nie chciałam narażać się na atak, nie miałam też haraczu, za pomocą którego mogłabym się wykupić z niełaski. 

7. Po upewnieniu się, że wszystko wróciło do normy (czyt. intruz został przegoniony z ławki) i po wymuszeniu okupu na wczasowiczach z domków na  wzgórzu, słoneczny patrol oddalił się :)

środa, 4 sierpnia 2010

2.

"Najpiękniejsze, co jest na świecie, to pogodne oblicze" - Albert Einstein
Tak więc - więcej uśmiechu proszę! :)

wtorek, 3 sierpnia 2010

1. Deszczowo, kropelkowo...

Za oknem zupełna odmiana. Niebo spuściło istną zasłonę milczenia. No, może nie do końca milczenia, choć zasłona to jest i to chwilami jaka! Deszczu, rzecz jasna. Nigdy jednak nie zwykłam z tego powodu zwieszać nosa na kwintę! Gdy byłam mała na bosaka brodziłam w kałużach, puszczając stateczki, budując porty i wyspy. A dziś? Podziwiam krople złapane na liściach :) Deszcz jest naprawdę fajny! Miłego oglądania!