niedziela, 26 grudnia 2010

15. i po...

Święta, święta i po świętach...
A ja przybywam z małym przeglądem bożonarodzeniowym :)

Każdy starał się pomagać w kuchni przed Wigilią jak tylko potrafił najlepiej. Tu Marley i jego ukochane zajęcie - darcie gazet :)

Choinki...mam dwie :) Jedną w swoim pokoju, z ozdóbkami zrobionymi z szyszek, orzechów, suszonych pomarańczy. Druga, ta właściwa - znajduje się rzecz jasna w jadalni. Obie naturalne - pierwsza to cyprysik, druga świerk. Obie pięknie pachną :)



To co ja lubię najbardziej, czyli... prezenty...ale nie dostawanie, lecz dawanie. W tym roku byłam bardzo oryginalna - każdy dostał anioła z masy solnej, zrobionego przeze mnie. Każdy z nich jest niepowtarzalny i natchniony do ochrony swego nowego właściciela. Do tego przez 2 dni ambitnie męczyłam się, sklejając pudełka na anioły - i mimo wielu przeciwności - w końcu UDAŁO SIĘ :)
P.S. Każdego aniołka można zawiesić na ścianie, nad łóżkiem pasują jak ulał :)


1. Aniołek Mamy - mama zdecydowała się trzymać swojego skrzydlaka w pudełku na regale z "rejentami" - wyborne towarzystwo :)

2. Anioł Buby.


3. Anioł Dziadka.


4. Uwaga! Wisienka na torcie - anielica Ziomusia - mojego bardzo pozytywnie zakręconego wujka (dużo można by o nim opowiadać)...a jak mu się podobała...był w 7 niebie :)



Na zakończenie - bardzo deficytowy towar w piwnicy, jakim są moje kolana. Wystarczy, że usiądę na schodach w kotłowni, a już gromadzi się tam cała sfora pchlarzyków moich kochanych - tu część szczęśliwych zdobywców moich kolan - Zosia (biała), Franuś (obok), Szurka (myje Franka) i Róża (widać tylko jej łepek, reszta pod Frankiem i Szurką). A z lewego boku czai się Zuza :)


Jutro z kolei będzie o dosyć nietypowych kolędnikach :)

sobota, 25 grudnia 2010

14. WESOŁYCH ŚWIĄT!!

Świąt rodzinnych,
radosnych,
jasnych,
puszystych
i smakowitych,
pachnących świerkiem, kadzidłem i mandarynkami,
z gwiadką na niebie,
z miłością w sercu,
z błyskiem w oku!

I w małym podarku załączam anioły ode mnie:)

sobota, 18 grudnia 2010

13. Opętanie

Opętały mnie! :) A co?
Dwie takie jedne rzeczy. 
Zenek Blues i Grzegorz W. 
Polecam do posłuchania i oglądnięcia :D
P.S. Za wszekie zwroty palące uszy nie ponoszę odpowiedzialności!
:)






środa, 15 grudnia 2010

12. hohoho!

Przybywam do Was niczym święty Mikołaj :) wszędzie śnieżno, mroźno i święta za pasem, czas najwyższy podzielić się dobrymi duszkami (i pomysłami)!
Będzie krótko i do sedna - to co mnie ostatnio kompletnie pochłonęło (i wcale nie jest to prawo handlowe:)

...aniołki z masy solnej :) wystarczy szklanka mąki, szklanka soli i pół szklanki wody, ciasto zagniatamy, tworzymy co dusza zapragnie, pieczemy w piekarniku przez pół godziny i malujemy z sercem i fantazją... a żeby masa nie wchłaniała wilgoci, na koniec można ją pociągnąć lakierem bezbarwnym :)
Na prezent idealne,a ja swoje powiesiłam nad łóżkiem. Wrócę do domu, to się pochwalę :)
Tylko uwaga! To wciąga!

czwartek, 2 grudnia 2010

11. Uwaga, Komuna nadchodzi!

I to nie byle jaka! Przez duże "K" - bo Komuna moich pchlarzy :) póki co niekompletna, ale w miarę upływu czasu postaram się przedstawić ją całą! Tak na rozgrzewkę w te srogie, śnieżne dni :)

Brudas na dobry początek. Znajdek(a właściwie znajdka) jak w większości całej ferajny. Z tym, że to znajdka wielkomiejska. Miano wzięło się stąd, że gdy trafiła do nas, była małym kociakiem o równie małych co ona chęciach do mycia się. Z wiekiem jej przeszło :)


Brudas i Szurka. Nierozłączny duet. Szurka trafiła do nas krótko po Brudasie, na Wszystkich Świętych. Znaleziona przy cmentarzu. Gdy była mała przypominała szczura...została Szczurką, ale, że wydawało się to wszystkim z nas okrutne, przechrzciliśmy ją na Szurkę.


Mila. W przeciwieństwie do Brudasa, znajdka wiejska. Jej mama przyplątała się nie wiadomo skąd na pasiekę mojego dziadka; tam też Mila i jej rodzeństwo (Malina i Albert) przyszli na świat. Stamtąd trafili w końcu do nas; niestety z całej czwórki została tylko Mila i Malina. Mila to istny diabeł w skórze aniołka! Wykopuje krety z ziemi własnymi łapkami, biega tak, że niejeden pies  może jej pozazdrościć, wszędzie jej pełno...i jedna z pierwszych, która głośno i bezwstydnie dopomina się o drapanie za uchem. Niech zdjęcia Was nie zwiodą, dobra z niej modelka!


Ostatnia pchlarka na dziś. Misia. Dziś prawie dziesięcioletnia psinka. Mój wymarzony prezent na 12 urodziny. Wzięta z gorzowskiego schroniska. Gdy się wścieka i tratuje krzaki malin, żartuję, że nawyki te przejęła od żużlowców (niektórzy potrafią po przegranym wyścigu skopać motor bądź rzucać zębatkami tudzież śrubokrętami w mechaników)... wszak z ulicy Fabrycznej na Śląską to prawie że po sąsiedzku... Choć choleryczka i zazdrośnica jakich mało,a przy tym nałogowy wyjadacz cukierków "Kukułek" to i tak nie oddałabym jej za żadne skarby :)




czwartek, 4 listopada 2010

środa, 3 listopada 2010

9. Szaro, buro...brrr...

Za oknem prawdziwe szklana pogoda. I choć dopiero rozpocząl się listopad, ja już tęsknię za wiosną, latem i słoneczną jesienią ze wszystkimi ich pięknymi barwami, zapachami, głosami...

Zrobiłam szybki przegląd w zdjęciach - i wrzucę co nie co ze swojego dzikiego ogródka ku pokrzepieniu dusz :)

Coś z maja :) Niestety, jakość nawaliła - chciałam mieć więcej miejsca na dysku, toteż w pewnych folderach masowo zmniejszałam  zdjęcia..nie biorąc pod uwagę jakości po...

Śpieszę z wyjaśnieniem - te dwa kawałki uciętej plastikowej rury wsadzone między konar śliwki a jej pień, to nic innego jak domki dla dzikich pszczół, wypełnione pustymi w środku patykami :)


(radzę zapamiętać kształt stawiku...pod koniec lata jest tutaj jeden wielki busz :)

Po maju naturalnie czerwiec:


Trochę marzeń o sierpniowych pomidorach:

(mama niedawno przyznała się, że nie wierzyła iż uda mi się wyhodować pomidora w doniczce :) nie ukrywam, nie oszczędzałam go. Przeżył nieokryty wiosenne przymrozki, za co wynagrodziłam go obornikiem od naszych kurek liliputek :) Z nawiązką oddał mi 11 smacznych pomidorków :) warto było, i dlatego przyszłą wiosną rusza akcja reaktywacja zapomnianiego ogrodu warzywnego dziadka :P


Stawik w bujnym romansie z roślinnością :)

Rzut oka z boka :P


Jesienne zachwyty kapusty :)

Na koniec - efekt moich zabaw z farbą i pędzlem :)


wtorek, 21 września 2010

niedziela, 29 sierpnia 2010

7. Biedroneczko...


Biedroneczko, leć do nieba!
Przynieś nam kawałek szczęścia!

Całych worków biedronek życzę tym, którzy sobie tego życzą  :)

Swoją drogą zezłościłam się. Wstałam po 6, w końcu dziadek w czwartek obiecał mi, że dziś pojedziemy na grzyby. Po drodze co prawda musiałam aż 2 razy nakarmić kocięta, bo były diabelsko głodne, więc ostatecznie gotowa byłam po 7. I co? I dziadzio mówi, że pojedziemy, ale po 11, gdy skończy się siatkówka w tv... i co mnie to obchodzi, skoro o 12 rusza przełożone GP Chorwacji, którego nie odpuszczę? A i pewnie on z chęcią je oglądnie. Narobił mi tylko nadziei, czekałam jak głupek od czwartku i nici :( 
Do tego jeszcze mam w ramce oprawione zdjęcie z dzieciństwa, które zawsze robi mi tyle apetytu na grzybobranie....
Gwoli ścisłości - ten czarny łepek to ja :)

Pewnie, jest niby jutro...ale raz, że przychodzi majster od remontu;
dwa - może być idealna pogoda na pracę w pasiece;
trzy - może padać deszcz... 
Hmm...nie pozostaje mi nic innego jak wykopać swoją frustrację i złość na ogrodzie :)
A na marginesie od jakiegoś czasu namiętnie słucham starego, dobrego Perfectu - a przy "Lokomotywie z ogłoszenia" w ogóle nie mogę usiedzieć na miejscu :) 

P.S. Dziś dopiero zauważyłam, że w adresie tej strony zjadłam "n" - zamiast "cyganskie" mam "cygaskie" i tego nie da rady chyba odkręcić. Nie to nie, łaski bez, heh :)

sobota, 28 sierpnia 2010

6.

Miałam bardzo ambitne plany odnośnie tego bloga. W zasadzie mam nadal, choć nie wiem czy starczy mi na niego czasu i cierpliwości. Co jakiś czas skaczę sobie z jednego portalu na drugi i szukam najlepszego rozwiązania, by pokazać moje zdjęcia, głównie znajomym i tym, którzy dowiedziawszy się, że fotografuję z wielkim zamiłowaniem, zapałają chęcią zapoznania się z moją twórczością. "Ot, podam adres strony i zainteresowani będą na nią wchodzić" - tak sobie myślałam. Dziś uświadomiłam sobie, że póki co to w sumie w ogóle się nie rozkręciłam - na dysku tyle zdjęć wartych opublikowania, a tutaj praktycznie cisza - nic nie wrzucam, bo nie mam czasu... Przydałaby mi się strona z prawdziwego zdarzenia, z porządną galerią i miejscem, by czasem cos skrobnąć. No ale jak to się mówi - jak się nie ma co się kocha to się kradnie co popadnie... Tak więc póki co będę kradła miejsce na bloggerze :)

Żeby nie było tak sucho... Przez cały dzisiejszy dzionek męczyła mnie myśl o Migotce. Jestem ciekawa, jak się miewa w dorosłym życiu. Czasem spoglądam z tęsknotą w niebo i proszę w myślach, by przyleciała w odwiedziny. Ale zaraz, zaraz...nie wszyscy wiedzą kto to jest  Migotka :) Nadrabiam więc.


Tak, tak, to nikt inny jak Migotka. Mała sroczka, która wypadła z gniazda. Znalazłam ją 30 maja, lecąc na autobus. Pamiętam to dobrze, wszak spieszyłam się na mecz Stali z Apatorem, który i tak nie doszedł planowo do skutku z powodu deszczu. Kręciło się (a właściwie skakało niczym piłeczka) to małe sreberko - najpierw na drodze (!), później na skwerku niedaleko przystanku. Nie wiem już jakim cudem złapałam tą ruchliwą ptaszynkę, ale wiedziałam jedno - spóźnię się na mecz, bo muszę maleństwo odnieść do domu i nakarmić. I tak została u nas do 24 czerwca. Początkowo trzymaliśmy ją w dużym kartonie w jeszcze nie zagospodarowanym pokoju na strychu. Po pierwszym dniu pełnym nieufności i wypluwania z dzioba jedzenia, nastały chwile, które wspominam z wielką radością. Migotka szybko zaakceptowała mnie jako mamkę, na mój widok z radością popiskiwała, trzepotała skrzydełkami i otwierała dzióbek, prosząc o jedzenie. Rosła jak na drożdżach - pewnego dnia przywitała mnie już na skraju kartonu, po czym odfrunęła na szafę - nie wiem kto był tym bardziej zaskoczony - ona czy ja :) W końcu zajęła klosz i na powitanie przylatywała na moją rękę, po czym otwierała dzióbek, rozbrajająco prosiła o posiłek a po wszystkim skrzeczała z zadowoleniem. Uwielbiała też iskać moje włosy, dziobać mój nos i oczywiście nie przepuściła niczemu, co się świeciło a także owadom, które wleciały do pokoju. Była ulubienicą wszystkich domowników, ale tylko mnie obdarzyła zaufaniem - reszta musiała zadowolić się podziwianiem jej na odległość... W końcu jednak nadszedł dzień, gdy trzeba było zwrócić ją naturze. Choć korciło nas z dziadkiem, by wypuścić ją w ogrodzie, stwierdziliśmy, że ze względu na nasze koty lepiej będzie wypuścić ją z dala od tego towarzystwa. Pojechaliśmy więc nad Wartę. Trochę kluczyliśmy, bo miejsca proponowane przez dziadka, mi nie odpowiadały. W końcu stwierdziłam, że wypuścimy ją przy topolowej alei. Wiecie, co się okazało? Na tych topolach był cały sroczy sejmik!! Towarzyszki od razu zleciały się do Migotki, a ta...nie czekała zbyt długo, choć zaczekała chwilę przed odlotem i mogłam zrobić jej pożegnalne zdjęcie  :)


A że dziś taki ptasi humor mam, podrzucam kilka ciekawych zdjęć (oczywiście skrzydlatych) i z radochą informuję, że jutro jadę na grzyby :)