sobota, 28 sierpnia 2010

6.

Miałam bardzo ambitne plany odnośnie tego bloga. W zasadzie mam nadal, choć nie wiem czy starczy mi na niego czasu i cierpliwości. Co jakiś czas skaczę sobie z jednego portalu na drugi i szukam najlepszego rozwiązania, by pokazać moje zdjęcia, głównie znajomym i tym, którzy dowiedziawszy się, że fotografuję z wielkim zamiłowaniem, zapałają chęcią zapoznania się z moją twórczością. "Ot, podam adres strony i zainteresowani będą na nią wchodzić" - tak sobie myślałam. Dziś uświadomiłam sobie, że póki co to w sumie w ogóle się nie rozkręciłam - na dysku tyle zdjęć wartych opublikowania, a tutaj praktycznie cisza - nic nie wrzucam, bo nie mam czasu... Przydałaby mi się strona z prawdziwego zdarzenia, z porządną galerią i miejscem, by czasem cos skrobnąć. No ale jak to się mówi - jak się nie ma co się kocha to się kradnie co popadnie... Tak więc póki co będę kradła miejsce na bloggerze :)

Żeby nie było tak sucho... Przez cały dzisiejszy dzionek męczyła mnie myśl o Migotce. Jestem ciekawa, jak się miewa w dorosłym życiu. Czasem spoglądam z tęsknotą w niebo i proszę w myślach, by przyleciała w odwiedziny. Ale zaraz, zaraz...nie wszyscy wiedzą kto to jest  Migotka :) Nadrabiam więc.


Tak, tak, to nikt inny jak Migotka. Mała sroczka, która wypadła z gniazda. Znalazłam ją 30 maja, lecąc na autobus. Pamiętam to dobrze, wszak spieszyłam się na mecz Stali z Apatorem, który i tak nie doszedł planowo do skutku z powodu deszczu. Kręciło się (a właściwie skakało niczym piłeczka) to małe sreberko - najpierw na drodze (!), później na skwerku niedaleko przystanku. Nie wiem już jakim cudem złapałam tą ruchliwą ptaszynkę, ale wiedziałam jedno - spóźnię się na mecz, bo muszę maleństwo odnieść do domu i nakarmić. I tak została u nas do 24 czerwca. Początkowo trzymaliśmy ją w dużym kartonie w jeszcze nie zagospodarowanym pokoju na strychu. Po pierwszym dniu pełnym nieufności i wypluwania z dzioba jedzenia, nastały chwile, które wspominam z wielką radością. Migotka szybko zaakceptowała mnie jako mamkę, na mój widok z radością popiskiwała, trzepotała skrzydełkami i otwierała dzióbek, prosząc o jedzenie. Rosła jak na drożdżach - pewnego dnia przywitała mnie już na skraju kartonu, po czym odfrunęła na szafę - nie wiem kto był tym bardziej zaskoczony - ona czy ja :) W końcu zajęła klosz i na powitanie przylatywała na moją rękę, po czym otwierała dzióbek, rozbrajająco prosiła o posiłek a po wszystkim skrzeczała z zadowoleniem. Uwielbiała też iskać moje włosy, dziobać mój nos i oczywiście nie przepuściła niczemu, co się świeciło a także owadom, które wleciały do pokoju. Była ulubienicą wszystkich domowników, ale tylko mnie obdarzyła zaufaniem - reszta musiała zadowolić się podziwianiem jej na odległość... W końcu jednak nadszedł dzień, gdy trzeba było zwrócić ją naturze. Choć korciło nas z dziadkiem, by wypuścić ją w ogrodzie, stwierdziliśmy, że ze względu na nasze koty lepiej będzie wypuścić ją z dala od tego towarzystwa. Pojechaliśmy więc nad Wartę. Trochę kluczyliśmy, bo miejsca proponowane przez dziadka, mi nie odpowiadały. W końcu stwierdziłam, że wypuścimy ją przy topolowej alei. Wiecie, co się okazało? Na tych topolach był cały sroczy sejmik!! Towarzyszki od razu zleciały się do Migotki, a ta...nie czekała zbyt długo, choć zaczekała chwilę przed odlotem i mogłam zrobić jej pożegnalne zdjęcie  :)


A że dziś taki ptasi humor mam, podrzucam kilka ciekawych zdjęć (oczywiście skrzydlatych) i z radochą informuję, że jutro jadę na grzyby :)








 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz