czwartek, 26 sierpnia 2010

5. Cóż za tafum...

Tafum, jak mawia mój wujek, znaczy nic innego jak fatum.
Zaczęło się bardzo niewinnie...  Nie zdążyliśmy wysterylizować jednej z naszych młodych kotek (jak zawsze znalezionych) - dostała więc zastrzyk antykoncepcyjny... I cóż z tego! Zastrzyk nie zadziałał, co wyszło na jaw w sierpniu, na 2 tygodnie przed porodem...
14 sierpnia zostałam... hmmm... szczęśliwą ciotką, a jak się teraz okazuje etatową mamką trójki ślicznych kociąt. Każde o innym umaszczeniu i nie sposób rozpoznać w nich ojca! Nasze kocury z góry zostały wyeliminowane z kręgu podejrzeń - wszystkie są wykastrowane... a po dwóch delikwentach, które w czerwcu przychodziły na zaloty, wszelki ślad zaginął.
Wszystko było dobrze do tej środy. Przychodzę rano do kociaków w odwiedziny, a całe prześcieradło, na którym kocia rodzinka wypoczywała, było zakrwawione. Małe spały sobie jak gdyby nigdy nic, a kotka...  no właśnie. Po pierwsze, nie mogłam jej znaleźć, po drugie - gdy już znalazłam, okazało się, że ta ma skurcze... Szybki telefon do weterynarza i jeszcze szybszy bieg do lecznicy... Na miejscy okazało się, że kotka...nie okociła się do końca. Przez półtoratygodnia nosiła jeszcze jedno kocie, sporych rozmiarów - i przez te rozmiary właśnie kotek zaklinował się i nie przyszedł na świat. Był juz martwy, a mamka, jak się okazało, na wykończeniu. Trzeba było wycinać gnijącą już macicę i jajniki. Przestały pracować jelita, a i wątroba była w złym stanie. Całe szczęście, operacja udała się (choć nie wiadomo, czy kotka przeżyje). Póki co jest obolała i żyje na lekach. A ja...ja co 3 godziny muszę karmić kocięta. Pierwsze karmienie, o 5 rano, ostatnie po 23. Minął dopiero pierwszy dzień, a ja już padam z nóg.
Jednak taki obrazek jak załączony poniżej wynagradza mi wszystko :)


Zresztą, dziś padam podwójnie. Rano sąsiadka przyniosła naszą kotkę Bohemę. W stanie agonalnym. Po niecałych 10 minutach, zaraz przed wyjściem do weterynarza, skonała na moich rękach. I wcale nie była to miła i bezbolesna śmierć :( Pan doktor orzekł, że albo tak potrącił ją samochód, że nie połamał kości, ale uszkodził nerw, albo czymś się zatruła. Jest mi cholernie przykro i ciężko, co tu kryć. Pamiętam, gdy dziadek przywiózł Boszkę - znalazł ją jako malutkie kocię na swojej pasiece...
  A teraz pozostały mi tylko wspomnienia...

A żeby nie było tak smętnie - część mojej kociej ferajny ( każdy z jedenastki to podrzutek bądź znaleźny - chociażby np. w lesie...). Tu ósemka (Ludwik, Leon, Czarna, Karol, Malina, Róża i Edward Jancarz) - jeszcze z Bohą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz